*Matt's POV*
Szybko zerwałem się z miejsca, kierując się w stronę zatrzaskujących się drzwi.
- Stephanie! - krzyknąłem, zbiegając po schodach, przeskakując co drugi stopień. Chciałem jak najszybciej dogonić dziewczynę i wszystko jej wytłumaczyć. Chociaż nawet nie wiem co mógłbym teraz powiedzieć. Nie powiem, Victoria mnie pociągała, a nawet bardzo, ale byłem ze Steph, przez co miałem wielkie wyrzuty sumienia. Wszystko się strasznie poplątało. Przez długi czas nie miałem z nią kontaktu, ponieważ byłem na obozie. Właśnie tam poznawłem Vic. Robiła zdjęcia do swojego portfolio, oraz do podania Akademii.
Można powiedzieć, że przybliżyliśmy się do siebie, mieliśmy taki mały 'romans' o którym nikt, oprócz Sam'a nie wiedział. Do dziś.
Dzięki częstym treningom w przeciągu kilkunastu sekund dogoniłem dziewczynę. Złapałem ją za ramię, jednak nie zareagowała.
- Steph. - Odwróciłem ją w swoją stronę.
- Czego ty chcesz? - Spytała. Myślałem, że będzie bardziej nerwowa. Zazwyczaj, gdy czuła że ktoś ją upokorzył, bądź obraził była spokojna, jednak czasami potrafiła wychodzić z siebie.
- To nie tak... - zacząłem.
- To nie tak jak myślisz, tak? "To ona zaczęła, ja jestem niewinny". - Sprowokowała mnie zaczynając udawać mój głos. Pochyliła głowę w dół, po czym cicho spytała.
- Jak długo to trwa?
- Naprawd...
- Jak długo to do jasnej cholery trwa?! - Przerwała, starając się ukryć łzy, które leciały po jej zaróżowiałych od zimna policzkach.
- Parę tygodni. - Szepnąłem. - Ale Steph, zrozum, że to Ciebie kocham. Tylko i wyłącznie. - Uniosłem jej podbródek w górę i popatrzyłem w oczy, które tak bardzo kochałem. Dostrzegałem w nich ból i złość.
- Nie. Nie chcę żyć z ciągłymi podejrzeniami. Nie chcę mimowolnie sprawdzać twojej komórki tylko po to, aby sprawdzić czy nie masz kogoś na boku. Po prostu nie chcę.
- Czy Ty mi mówisz że..?
- Tak Matt. To koniec. Nas już nie ma. Możesz odejść, nie powstrzymuję. - Odwróciła się na pięcie po czym zniknęła mi w mroku.
Szłam skrótami prowadzącymi do mojego domu. Po policzkach wciąż spływały mi łzy, torebkę z kasą zostawiłam na imprezie a szpilki które miałam na nogach niemiłosiernie cisnęły. "Walę to." Schyliłam się i jednym ruchem zrzuciłam je ze stóp. 'Tak lepiej.' Przeskoczyłam nad kałużą, i delikatnie zaczęłam stąpać po asfalcie. Po prawej stronie zauważyłam kilku meneli siedzących na ławce przed sklepem.
- Tańszego wina nie ma, więc piją to. - Mruknęłam pod nosem, starając się jak najszybciej oddalić od grupy.
- E, lalunia! Co powiedziałaś? - Jeden z tutejszych żuli wstał i chwiejnym krokiem zrobił kilka kroków w przód.
- Smacznego!- Krzyknęłam. Nie miałam humoru, aby kłócić się ze zgromadzonymi..
- Smacznego, smacznego... - burknął.
Wspiełam się po trzech schodkach prowadzących do domu. Pociągnęłam za klamkę, jednak drzwi postawiły mi opór. Spróbowałam jeszcze raz.
- Nie teraz, proszę. - Szarpnęłam z całych sił. - Auć! - jęknęłam, i potarłam czerwone ramię. - Dobra, poddaję się! - Uniosłam ręce na znak kapitulacji i bezradnie usiadłam na zimnej kostce brukowej. - Posiedzę sobie. - Rodzice pewnie wyjechali do dziadka, a młodsza...pewnie była z nimi. 'Taras!' przemknęło mi przez głowę. Okrężyłam i dom i rozmyślałam jak wspiąć się na barierkę. Ojciec robił coś z drabiną, ale oczywiście dzisiaj musiał ją schować zaraz po tym, jak matka się na niego wydarła o 'bałagan' na zewnątrz. Nie widziałam nic bardziej sensowniejszego niż wejście za pomocą altanki na róże ( które zostały spalone przez nadmierne spryskanie ich środkiem owadobójczym). Buty postawiłam na chodniku, a sama zaczęłam stawiać swoje stopy na zimnych barierkach. Robiłam to powoli i ostrożnie, patrząc za każdym razem w dół, aby jako tako zmierzyć na oko wysokość. 'Udało mi się!". Zaczęłam się niezgrabnie wiercić na samym szczycie przekładając nogę na drugą stronę.
- Nie za wygodnie? - usłyszałam głos, który dobiegał z dołu.
- Powiem Ci, że ta metalowa rura naprawę fajnie wżyna się w dupę! - Odkrzyknęłam nie patrząc nawet kim był mój rozmówca.
- Nie wątpię.- Stłumiony śmiech rozszedł się po pustej dzielnicy. - Pomóc Ci?
- Dziękuję dam sobie radę.
- Napewno? - 'Boże, co za upierdliwy typ"
- Tak, w razie czego dam radę wykręcić numer na ambulans. - Przeskoczyłam przez barierkę i znalazłam się na tarasie. Odwróciłam się, a moim oczom ukazał się mężczyzna, którego postać oświetlała uliczna latarnia. Miał na sobie rurki i bluzę z kapturem na głowie, spod której wychylały się przycięte loki.
- Jak wolisz. Do niczego nie zmuszam. - W tym słabym świetle mogłam dostrzec dołeczki, które pojawiły się zaraz po tym, jak chłopak się uśmiechnął. - Powodzenia życzę i...dobranoc? Chyba nie będziesz się wspinała na jakiś inny budynek, prawda?
- Dzisiaj już sobie odpuszczę. - Przekręciłam kluczyk w szklanych drzwiach, który był schowany pod doniczką z frezjami. - Dobranoc. - Rzuciłam i weszłam do środka. Popatrzyłam jak chłopak się oddala, i jeszcze przez parę minut stałam w drzwiach patrząc w miejsce w którym stał.
- Nie wiem co zamierzasz z tym zrobić, jako przyjaciółka powiem Ci, że najlepiej, abyś zrobiła to co uważasz za słuszne. - Tak. "Rób to co uważasz za słuszne." Najgorsze jest to, że ja nie wiem co teraz powinnam wybrać.
- Jak długo to trwa?
- Naprawd...
- Jak długo to do jasnej cholery trwa?! - Przerwała, starając się ukryć łzy, które leciały po jej zaróżowiałych od zimna policzkach.
- Parę tygodni. - Szepnąłem. - Ale Steph, zrozum, że to Ciebie kocham. Tylko i wyłącznie. - Uniosłem jej podbródek w górę i popatrzyłem w oczy, które tak bardzo kochałem. Dostrzegałem w nich ból i złość.
- Nie. Nie chcę żyć z ciągłymi podejrzeniami. Nie chcę mimowolnie sprawdzać twojej komórki tylko po to, aby sprawdzić czy nie masz kogoś na boku. Po prostu nie chcę.
- Czy Ty mi mówisz że..?
- Tak Matt. To koniec. Nas już nie ma. Możesz odejść, nie powstrzymuję. - Odwróciła się na pięcie po czym zniknęła mi w mroku.
*Stephanie's POV*
Szłam skrótami prowadzącymi do mojego domu. Po policzkach wciąż spływały mi łzy, torebkę z kasą zostawiłam na imprezie a szpilki które miałam na nogach niemiłosiernie cisnęły. "Walę to." Schyliłam się i jednym ruchem zrzuciłam je ze stóp. 'Tak lepiej.' Przeskoczyłam nad kałużą, i delikatnie zaczęłam stąpać po asfalcie. Po prawej stronie zauważyłam kilku meneli siedzących na ławce przed sklepem.- Tańszego wina nie ma, więc piją to. - Mruknęłam pod nosem, starając się jak najszybciej oddalić od grupy.
- E, lalunia! Co powiedziałaś? - Jeden z tutejszych żuli wstał i chwiejnym krokiem zrobił kilka kroków w przód.
- Smacznego!- Krzyknęłam. Nie miałam humoru, aby kłócić się ze zgromadzonymi..
- Smacznego, smacznego... - burknął.
***
- Nie teraz, proszę. - Szarpnęłam z całych sił. - Auć! - jęknęłam, i potarłam czerwone ramię. - Dobra, poddaję się! - Uniosłam ręce na znak kapitulacji i bezradnie usiadłam na zimnej kostce brukowej. - Posiedzę sobie. - Rodzice pewnie wyjechali do dziadka, a młodsza...pewnie była z nimi. 'Taras!' przemknęło mi przez głowę. Okrężyłam i dom i rozmyślałam jak wspiąć się na barierkę. Ojciec robił coś z drabiną, ale oczywiście dzisiaj musiał ją schować zaraz po tym, jak matka się na niego wydarła o 'bałagan' na zewnątrz. Nie widziałam nic bardziej sensowniejszego niż wejście za pomocą altanki na róże ( które zostały spalone przez nadmierne spryskanie ich środkiem owadobójczym). Buty postawiłam na chodniku, a sama zaczęłam stawiać swoje stopy na zimnych barierkach. Robiłam to powoli i ostrożnie, patrząc za każdym razem w dół, aby jako tako zmierzyć na oko wysokość. 'Udało mi się!". Zaczęłam się niezgrabnie wiercić na samym szczycie przekładając nogę na drugą stronę.
- Nie za wygodnie? - usłyszałam głos, który dobiegał z dołu.
- Powiem Ci, że ta metalowa rura naprawę fajnie wżyna się w dupę! - Odkrzyknęłam nie patrząc nawet kim był mój rozmówca.
- Nie wątpię.- Stłumiony śmiech rozszedł się po pustej dzielnicy. - Pomóc Ci?
- Dziękuję dam sobie radę.
- Napewno? - 'Boże, co za upierdliwy typ"
- Tak, w razie czego dam radę wykręcić numer na ambulans. - Przeskoczyłam przez barierkę i znalazłam się na tarasie. Odwróciłam się, a moim oczom ukazał się mężczyzna, którego postać oświetlała uliczna latarnia. Miał na sobie rurki i bluzę z kapturem na głowie, spod której wychylały się przycięte loki.
- Jak wolisz. Do niczego nie zmuszam. - W tym słabym świetle mogłam dostrzec dołeczki, które pojawiły się zaraz po tym, jak chłopak się uśmiechnął. - Powodzenia życzę i...dobranoc? Chyba nie będziesz się wspinała na jakiś inny budynek, prawda?
- Dzisiaj już sobie odpuszczę. - Przekręciłam kluczyk w szklanych drzwiach, który był schowany pod doniczką z frezjami. - Dobranoc. - Rzuciłam i weszłam do środka. Popatrzyłam jak chłopak się oddala, i jeszcze przez parę minut stałam w drzwiach patrząc w miejsce w którym stał.
***
- Teraz się skup i opowiedz mi co się stało. - poleciła mi Camille, siadając obok mnie na łóżku.
- A co mam Ci tłumaczyć? Lizał się z Victorią tak? - wymamrotałam trzymając głowę przyciśniętą do poduszki. Było mi z tym źle. Tak bardzo kochałam tego chłopaka. Dzwonił. Od wczorajszego wieczora odrzuciłam kilkanaście połączeń.
- Przepraszam...Ale wiesz, że on Cię nadal kocha tak?
- Cam, to nie jest takie proste. Dobrze o tym wiesz. Zdrada boli dwa razy bardziej, jeżeli wiesz, że osoba którą darzysz tak silnym uczuciem cię okłamuje. Może umiałabym mu jakoś przebaczyć gdyby powiedział od razu.
- Rozmawiałam z nim. - Podniosłam twarz z poduszki, najwidoczniej lekko zszokowana.
- Kiedy?
- Dzisiaj. Przyszedł pod dom, kiedy jeszcze spałaś. Steph, posłuchaj on naprawdę żałuje, nawet nie wiesz jak bardzo to się na nim odbija. Dla Ciebie nie poszedł na trening. - Zrobiła zachęcającą minę, akcentując ostatnie zdanie.
- O popatrz, pan miłosierny nie poszedł na trening. Jakiż zaszczyt mnie spotkał, że to zrobił?
- Wiesz co? Jesteś naprawdę egoistyczna. Wiem, że jest ciężko ale zrozum, że on też ma uczucia. Jemu też jest źle, ponieważ ma wyrzuty.
- Słusznie.
- Nie wiem co zamierzasz z tym zrobić, jako przyjaciółka powiem Ci, że najlepiej, abyś zrobiła to co uważasz za słuszne. - Tak. "Rób to co uważasz za słuszne." Najgorsze jest to, że ja nie wiem co teraz powinnam wybrać.
- Mówił coś jeszcze?
- Powiedział, że nie chce tracić tego wspaniałego czasu spędzonego z tobą. - "Tekst każdego mężczyzny. Nic nowego. " Moja mina nie zdradzała żadnych uczuć, mimo iż byłam wrażliwą osobą. Czasami aż za bardzo reagowałam na niektóe sytuacje. A teraz? Po prostu czuję pustkę, nic więcej. Może on nie był pisany dla mnie? Może to nie było przeznaczenie? Blondynka odsunęła się na chwilę i szła w stronę drzwi.
- Może warto spróbować przebaczyć?
- Może warto spróbować przebaczyć?





