sobota, 1 czerwca 2013

Rozdział 03.

*sobota*

Otworzyłam powoli oczy, a moja ręka odruchowo powędrowała na nocny stolik. Pomacałam  powierzchnię mebla, aż znalazłam upragnioną rzecz. Odblokowałam wyświetlacz i zobaczyłam, że mam nową wiadomość. 
" Będę po siedemnastej. xx " Początkowo nie wiedziałam o co chodzi, ale dzięki kalendarzowi wiszącemu nad łóżkiem zorientowałam się, że dziś jest ta cała  impreza. "Nie. Nie wychodzę z łóżka, potem się przygotuję" pomyślałam. Wtuliłam swoją w twarz w poduszkę i próbowałam zasnąć. "Tak właściwie, to ciekawe która godzina' popatrzyłam na zegarek i zamurowało mnie. 'Pięknie' przemknęło mi przez głowę. Szybko wyskoczyłam z łóżka, jednocześnie potykając się o książkę pożyczoną od Camille. W sumie, wypadałoby już ją oddać, trochę ją trzymam, a z moim szczęściem jeszcze parę dni i nie będę wiedziała gdzie ona jest. Z prędkością światła zbiegłam na dół, wpadając do kuchni. Otworzyłam szafkę i wyjęłam  swoje płatki, po czym zalałam je mlekiem, które stało sobie na blacie. 'Pewnie Maggie jadła i zapomniała odstawić'. Postanowiłam wyręczyć siostrę, która z pewnością była już u Olivii. Usiadłam przy stole, poprawiając bluzkę oraz podwijając rękawy. Przetarłam ręką oczy i zaczęłam przeżuwać śniadanie.
Kiedy skończyłam poszłam wziąść prysznic. Ciepły, orzeźwiający, dodający energii. Myślałam nad tym...właśnie. Nad czym? Pewnie nad sukienką, której niestety nie posiadałam.
Ostatnią sukienką jaką miałam na sobie była żarówiasta fuksja na weselu mojej cioci, kiedy miałam siedem lat. Dokumentujące tą chwilę zdjęcie oczywiście jest powieszone  nad schodami  tak zwanej 'Ścianie Płaczu". Faktycznie, kiedy popatrzy się na niektóre zdjęcia, to chce się usiąść i zacząć płakać. Ze śmiechu lub zdołowania. Według mamy moim najładniejszym zdjęciem jest właśnie to, na którym blond siedmiolatka pokazuje szczerbaty uśmiech i poprawia zalaną sokiem porzeczkowym sukienkę. Czasami patrzę na nie i zaczynam się śmiać, chociaż parę lat wstecz zrobiłabym wszystko, żeby znikło. Popatrzyłam na zegar. "W sumie nie jest tak źle, mam jeszcze trochę czasu. Gorzej gdybym była Victorią" zaśmiałam się.
   Wnuczka sąsiadki potrzebowała pół godziny dłużej żeby przygotować się na wyście. Wyprostować włosy, poprawić rzęsy, pomalować paznokcie, nałożyć podkład itp. Dobrać pasujące do siebie ubrania, koniecznie z najlepszych marek, bo jak twierdzi "Sieciówki są dla biednych". Właśnie dlatego nie czuję do niej większej empatii. Najlepiej gdyby wszyscy chodzili w vansach, z grzywką na bok, kreskami oraz w rozmiarze XS.
W sumie, chłopakom nigdy to nie przeszkadzało. Liczyło się to jak wygląda, nie jaki ma charakter. Niedawno Camille mi mówiła, że Victoria próbowała odbić chłopaka naszej znajomej, mnie - gdyby  coś takiego spotkało, najnormalniej w świecie szlag trafił, mimo iż jestem osobą w miarę cierpliwą. Wyszłam spod gorącego prysznica, stawiając stopy na zimnych płytkach, co wywołało u mnie gęsią skórkę. Owinęłam się w fioletowy ręcznik i zaczęłam rozczesywać włosy, sięgające za pośladki. Rozdzieliłam kurtynę włosów na trzy nierówne pasma i splotłam je w niedbały warkocz, przeczesując palcami włosy na czubku głowy. Następnie przeszukałam zawartość swojej kosmetyczki, w której nie było zbyt dużo "materiału". Wzięłam swój tusz do rzęs, który tak naprawdę był pożyczony od mamy, i zaczełam pociągać nim swoje średniej długości rzęsy. Przelotnie spojrzałam w lusterko i nieskromnie mogłam przyznać, że było całkiem dobrze.
    Usiadłam na łóżku, podciągając spadający ręcznik. Ubrania leżały porozwalane po całym pokoju. Były tam koszule, a pośród nich kilka Matt'a, kamizelki, topy, rurki, ale ani jednej sukienki. Oparłam ciężar swojego ciała na łokciach, i głęboko odetchnęłam. Miałam czas na zakupienie potrzebnego mi okrycia, ale znając mój charakter wszystko zostawiłam na ostatni moment. Siedziałam tak z zamkniętymi oczami, dopóki nie usłyszałam lekkiego pukania do drzwi.
- Jeśli to Święty Anioł z sukienką, to zapraszam. - powiedziałam nie patrząc w stronę drzwi.
- Więc od dziś nazywaj mnie aniołem. - Czyżby? Nie, niemożliwe. Przecież Camille była na obozie, więc...
Odwróciłam głowe a moim oczom ukazała się sylwetka wysokiej blondynki.
- Camille! - Krzyknęłam i rzuciłam się w stronę dziewczyny. Padłyśmy sobie w ramiona, tak jakbyśmy się nie widziały kilka dobrych lat.
- Uważaj bo ci ten ręcznik spadnie. - Zaśmiała się. -Potem pogadamy, bo narazie muszę jechać do ciotki Louise - Mówiąc to wywróciła oczami. Jej dom przypominał dom maniaka 'zrób to sam', ale mimo wszystko można było z nią porozmawiać o wszystkim. - Słyszałam że idziesz na imprezę, hm?
- No prawda, prawda.- Spojrzałam na nia baczniej. Ten błysk w oku...ona coś kombinowała, a ja jeszcze nie wiedziałam co.
- Zamknij oczy.
-Ale...
- Zamknij
- Okej, okej. - Posłuchałam się dziewczyny. Po paru minutach poczułam jak wyciąga moje ręce do przodu i kładzie na nich jakiś materiał.
- Dobra, teraz je otwórz. - Ostrożnie otworzyłam powieki a na twarzy pojawił się śmiech, bowiem trzymałam sukienkę.
- Jezus Maria, dziękuję! Skąd Ty ją właściwie masz, i...jak dowiedziałaś się o imprezie?
- Na podziękowania przyjdzie czas, a impreza...domyśliłam się. - Usłyszałyśmy klakson samochodu jej mamy. - Nie dadzą człowiekowi normalnie porozmawiać - skomentowała. - Życzę miłej zabawy, a potem masz mi wszystko wyśpiewać, zrozumiano?
- Jasne.- Uśmiechnęłam się i popatrzyłam jak dziewczyna wychodzi z pokoju i cicho mamrocze pod nosem, zbiegając po schodach. Spojrzałam jeszcze na sukienkę i skierowałam się do łazienki, aby się przebrać.
   Pasowała idealnie. Krój, kolor, rozmiar a nawet najdrobniejsze wykończenia. Stałam przed lustrem i dziękowałam Bogu, że mam kogoś takiego jak Cam, która po raz kolejny uratowała mi tyłek.

***

Poprawiłam sobie jeszcze raz włosy, kiedy przez okno zauważyłam podjeżdżający samochód Matta. Narzuciłam na siebie kurtkę i żegnając się z rodzicami wyszłam przed dom. Stał oparty o samochód, a kiedy mnie zobaczył uśmiechnął się i zaczął iść w moją stronę. Powitał mnie namiętnym pocałunkiem.
- Wyglądasz pięknie. - Poczułam jak fala ciepła oblewa moje policzki, powodując rumienienie się. Chłopak zauważył moją rakcję na jego komplement, więc złapał mnie za rękę i poprowadził ku autu. Swoim zwyczajem otworzył mi drzwi, i ruchem ręki zaprosił do środka. 
   Drogę pokonaliśmy w ciszy, przerywanej komentarzami do piosenek, bądź krótkiej rozmowie o tym, co robiliśmy w ostatnich dniach. Pod dom zajechaliśmy około osiemnastej.
    Pierwszą rzeczą, która rzuciła nam się w oczy była ilość przybyłych imprezowiczów. Połowy osób nie znaliśmy, ale...taki mały szczegół. Przywitał nas oczywiście brat Matt'a, który tydzień temu wyprowadził się od rodziców i zakupił dom, położony kawałek od centrum Londynu.
- Woo, Steph, ale ładnie wyglądasz. - Skomentował chłopak, za co dostał po uchu od starszego brata.
- Dobra, dobra Ty się tak nie przystawiaj. - Szatyn objął mnie swoim ramieniem, dając znak, że jestem tylko  jego, całując mnie w czubek głowy.
- Ok, to witam na imprezie! - Oprowadził nas po mieszkaniu, instruując co ma zamiar zmienić, przemalować, gdzie będzie studio itp. Powoli zaczęłam się nudzić, więc złapałam Matt'a za rękę i skierowaliśmy się w stronę salonu, gdzie wszyscy zebrani się bawili. Zaczęłiśmy tańczyć, rozmawiać, śmiać się z byle czego. Po godzinie chłopak poszedł do kuchni wyciągając z lodówki piwo.  Spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami.
- Przenocujemy.- Uśmiechnął się. Byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, ponieważ  nie wiedziałam co może mu strzelić do głowy. Wzięłam szklankę wody, i usiadłam obok chłopaka, jednak po niecałych kilku minutach dosiedli się do nas jego znajomi. "Nie można być przez chwilę samemu" pomyślałam, i dałam znać Matt'owi, że na chwilę wyjdę na zewnątrz.
   Przeszłam z kuchni i zaczęłam się przedzierać pomiędzy tańczącym tłumem, aby dojść do łazienki. Zamknęłam drzwi wypuszczając powietrze, mój wzrok powędrował na grupkę dziewczyn, które dosyć głośno się śmiały. Wśród nich była Victoria. Super. Postanowiłam nie zwracać na nią uwagi, chociaż z takim makijażem było to mistrzostwo świata.
- O, kogo ja widzę. - Uśmiechnęła się uroczo. - Steph kochanie, chodź tu do mnie. - Otworzyła ramiona, aby mnie przytulić, przez co uniosłam jedną brew do góry i zrobiłam krok do tyłu.
- Oszczędzę sobie. - Odpowiedziałam. Może i byłam chamska, ale niestety, zasłużyła sobie.
- A co ty taka nie w humorze? Matt z Tobą zerwał? - Piękna twarzyczka dziewczyny zmieniła się w złośliwy gest.
- Popatrz, że nie. - Stałam przed lustrem i poprawiałam sobie włosy. W kącie pomieszczenia dostrzegłam dziewczynę ze słuchawkami w uszach. Dosyć głośno słuchała muzyki, dzięki czemu mogłam  rozpoznać piosenkę po melodii. Miała dosyć długie ciemne  włosy i szare oczy. Stała oparta o ścianę, bawiąc się telefonem.
- Hm...dziwne. Wiesz, niedługo może zrozumie jaki błąd popełnił. - Zaśmiała się i razem z Paulone, którą znałam ze szkoły wyszła z pomieszczenia.
- Ma dziewczyna tupet, nie? - Dziewczyna podeszła do mnie zaraz po tym jak wymamrotałam coś obraźliwego pod nosem.
- Też ją znasz? - Zapytałam.
- A kto jej nie zna? Podbija każdego chłopaka, tylko po to, żeby zaimponować innym. - Zgodziłam się z nią.
- Jestem Stephanie. - Przedstawiłam się z uśmiechem.
- I jak mniemam nie tolerujesz jej tak samo jak ja? - odwzajemniła gest. - Isabelle, ale znajomi mówią na mnie Izzy.
- Miło mi. Może...wyjdziemy na zewnątrz?
- Ok, to siedzenie w kiblu jest trochę dziwne.- Usłyszałam jak się śmieje i nie wiedząc czemu dołączyłam się do niej.
    Siedziałam w altance razem z Isabelle, dopóki nie dosiadła się do nas Paulone. Dziewczyna od zawsze próbowała skopiować moje prace, gdyż sama zajmowała się sztuką.
- Na twoim miejscu pilnowałabym się swojego chłopaka. - Powiedziała i poszła. Moja mina przedstawiała zakłopotanie i zmieszanie. O co do diaska mogło jej chodzić? Coś kazało mi wrócić do Matt'a. Jakieś przeczucie, instynkt, nie umiem tego dokładniej nazwać.
- Przepraszam na moment. - Opuściłam dziewczynę, która nie zdawała sobie sprawy z tego, jak wszystko mogło się zakończyć. Szybkim krokiem skierowałam się ku drzwiom. Pierwsza znajomą mi osobą, którą zauważyłam był Tom.
- Wiesz, gdzie może jest Matt? - Spytałam się chłopaka.
- Ymm...wiesz...Trochę za dużo wypił i źle się poczuł...na górze jest, ale lepiej żebyś została tutaj. - Zaczął tłumaczyć brata, przez co stałam się bardziej zdenerowana.
- Na górze, tak? A w którym pokoju?
- No, w moim chyba. Dobra, ja muszę iść, Peter mnie wołał. - Szybko się wycofał i skierował się ku szatynowi, stojącemu przy głośnikach. Zaczęli chwilę rozmawiać, co chwila spoglądając w moją stronę.
"Chrzanię to, idę zobaczyć co się dzieje." Nie tracąc ani chwili dłużej wspięłam się po schodach. Byłam na górnym korytarzu, i omijałam całujące się pary, obgadujące znajomą przyjaciółki, oraz kilku chłopaków.
Zaczęłam sobie przypominać rozmieszczenie pokoi chłopaka, i uchyliłam lekko drzwi do jego sypialni.
- Matt, jak się czujesz? - W półmroku dostrzegłam nie tylko sylwetkę Matt'a, ale również Victorii. Nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi, a może po prostu nie zauważyli. On - chłopak, którego kochałam ponad życie całował tą osobę, kóra zniszczyła życie wielu dziewczynom. Teraz do tej grupy należałam i ja.
- Matt... - szepnęłam. Chłopak odskoczył od Victorii i podbiegł w moją stronę, jednak zatrzasnęłam drzwi i zbiegłam na dół.

   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz